Gwiazdka za pasem, w powietrzu pachnie makowcem,
goździkami i zieloną choinką. Mieszkańcy małego miasteczka myślą już o
przygotowaniach świątecznych, ale na drodze lepienia uszek i łańcuchów
choinkowych staną im rodzinne perypetie. Zabiegani zapomną, co naprawdę liczy
się w świętach. Na szczęście ktoś im o tym przypomni...
Ten wyjątkowy czas skrzyżuje ze sobą drogi małżeństwa posądzającego się wzajemnie o zdrady, młodej mamy zmęczonej dobrymi radami teściowej, sknery, którego żona marzy o dziecku, kobiety samotnie wychowującej córeczkę i pewnego przystojnego mężczyzny. Wśród codziennych problemów trudno się zatrzymać i po prostu cieszyć wspólnymi chwilami, ale w miasteczku mieszka ktoś, kto pomoże im na nowo odkryć magię świąt.
„Cztery płatki śniegu” to lekka, humorystyczna
opowieść w świątecznym klimacie z wzruszającym zakończeniem. Bohaterowie tej
powieści są mieszkańcami jednego bloku, a właściwie jednej klatki schodowej
pucowanej i pilnowanej przez samozwańczą dozorczynię – panią Michalską. Mamy tu
małżeństwo podejrzewające się o obopólną zdradę, samotną matkę wychowującą
wrażliwą ośmiolatkę, młodą parę z nielubianą teściową na karku, męża sknerusa z
wężem w kieszeni. I chociaż problemy poruszone w tej książce niejednokrotnie są
istotne i poważne, autorka podała je lekko, z dużym poczuciem humoru i
wyczuciem komediowym. Mnie taki styl pisania i przedstawiania świata bardzo
przypadł do gustu.
Jednak nie powiem, że wszystkich od razu polubiłam.
Największy problem miałam z Zuzanną, Waldemarem i Moniką. Chwilami miałam
wrażenie, że byli oni tak… osobliwi, że aż odpychający. Niektórzy z nich
naprawili swoje błędy, inni nie.
Teksty małej Stasi oraz jej przygody z koleżanką
przy budowie szopki - rewelacja.
Polecam, nie tylko od święta!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz